czwartek, 14 stycznia 2016

STUDIUJĘ HISTORIĘ. I NIE MA W TYM NIC ŚMIESZNEGO.


Ten post będzie o studiowaniu Historii. Co mnie skłoniło do napisania właśnie o tym? Sama jestem Historykiem i spotkałam się nie raz nie dwa z kpiną i wyśmiewaniem ludzi studiujących akurat ten kierunek. Chciałabym więc rozwiać jakiekolwiek wątpliwości i obalić kilka wędrujących po świecie opinii o tym kierunku i studentach którzy go wybrali.


- Mamo, Tato... Będę Historykiem.
- Aaaa... Czyli kolejnym bezrobotnym.
Nie. Nie kolejnym bezrobotnym. Historykiem. Zastanawia mnie właśnie to, dlaczego jak ludzie słyszą, że ktoś studiuje Historię to przylepiają mu od razu etykietkę „Bezrobotny”. Jestem zdania, że jakikolwiek kierunek nie ukończymy, jeśli będziemy wystarczająco zaradni, znajdziemy pracę. Nie musi to być od razu stanowisko w IPN'ie albo Archiwum, chociaż i takie przypadki się zdarzają.

- Studiuję Historię.
- A... Hahahaha! Chyba łatwiejszych studiów nie dało się wybrać.
Błąd. Studia historyczne wcale nie są takie łatwe. Pamiętacie wkuwanie dat i nazwisk w podstawówce/gimnazjum/liceum? No właśnie. To teraz dodajcie do tego jeszcze wiedzę o każdej wojnie, każdej cywilizacji, każdej epoce, ideologii, wiedzę o herbach i pieczęciach, broni białej i palnej, medycynie pola walki, polityce, architekturze, wiedzę o książce... Mało? No dobrze. Dodatkowo wiedza teoretyczna i praktyczna o funkcjonowaniu archiwum i bibliotek, ogromne oczytanie, umiejętność porównywania procesów które miały miejsce w różnych epokach... I można by wymieniać tak do końca świata. Dlaczego? A no dlatego, że Historia jest nauką która czerpie również z innych dziedzin. Nie można być Historykiem nie znając się na mapach czy na polityce. Nie wspominając już o świetnej znajomości co najmniej trzech języków w tym wymarłej już łaciny. Dlatego też Historia to kierunek w takim samym stopniu trudny jak np. biochemia czy insza fizyka. I mimo, że zaliczana jest do kierunków stricte humanistycznych to może niespodzianką będzie fakt, że bez znajomości statystyki Historykiem nie zostaniemy.

Jaki jest typowy Historyk?
Przede wszystkim oczytany. Nie lubię zamykać wszystkich w jednej szufladzie, ale jakbym chciała w paru słowach określić Historyka to pierwsze co mi się ciśnie na usta to właśnie jest to słowo. Oczytany. W całym toku studiów przeczytałam masę książek, podręczników... Druga sprawa – Historyk jest obiektywny. Oczywiście, nie raz zdarza mi się wyrazić własne zdanie na temat jakiegoś zjawiska ale zawsze opieram się na źródłach bo po prostu inaczej nie mogę. Trzecia kwestia – trzeźwy. I nie chodzi mi tutaj o bycie lub nie bycie pod wpływem alkoholu. Chodzi mi o zachowanie trzeźwego umysłu. Obserwowanie, analizowanie i wysnuwanie wniosków. A potem w zależności od możliwości, zapobieganie powtarzania się historii. Bo nie bez powodu mówi się, że „Historia kołem się toczy” - pewne procesy się powtarzają i dobry Historyk je zauważa.

Co daje studiowanie Historii?
Z pewnością każdy zna postać Sherlocka Holmes'a. Detektyw ten jest wyjątkowy przez sposób w jaki postrzega świat, analizuje go i w pewnym stopniu przewiduje kolejne ruchy zbrodniarza. I tu kolejne zaskoczenie – dobry Historyk też to potrafi. Uczymy się zależności przyczynowo-skutkowych i takiegoż myślenia. Jest to bardzo pomocne w życiu, bo dzięki takiemu 'przewidywaniu' możemy uniknąć błędów które już kiedyś popełniliśmy.



Jesteś Historykiem...i tylko na tym się znasz.
Och, serio? To, że studiujemy dany kierunek nie znaczy, że ograniczamy umysł tylko do tej dziedziny. Zwłaszcza, że na hasło „Historia” składa się masę tzw. Nauk pomocniczych jak np. heraldyka, sfragistyka, dendrochronologia, dyplomatyka, geografia historyczna, falerystyka, numizmatyka, paleografia, neografia... i tak dalej, i tak dalej.
Historyk musi mieć łeb jak sklep. Nie! Jak supermarket! I nie chodzi o uczenie się regułek na pamięć. Musimy mieć własne zdanie na wiele tematów często bezpośrednio nie związanych z naszym kierunkiem studiów.

Historyk? A może Histeryk? No cóż... Z pewnością Dziwak.
Takie już mamy czasy, że ludzi którzy siedzą z nosem w książkach nazywa się często Nerdami, Dziwakami, No-life'ami. Fakt, Historycy dużo czasu poświęcają na czytanie i naukę ale trzeba pamiętać, że ostatecznie absolutnie tym sobie nie szkodzimy. Że co, że niby nie umiemy się bawić bo jesteśmy zbyt poważni? Nie. Studenci Historii bawią się jak i inni, z innych kierunków. A to, że się nas po prostu nie lubi jest spowodowane tym, że każde nasze zdanie (dajmy na to jakaś ciekawostka historyczna którą wypowiedzieliśmy dla innych w ramach...no właśnie ciekawostki) jest odbierane jako wymądrzanie się.

Co po Historii?
Wszystko. Dosłownie. Chcesz zostać wojskowym/policjantem? Super, wskakuj na pokład. Chcesz zostać biegłym w sądzie? A może chcesz pracować w Archiwum? I tu masz do wyboru od kościelnych przez państwowe aż po wojskowe. Do wyboru do koloru. A może chcesz zostać politykiem? No to dalej, bierz się za pisanie planu wyborczego!
Historia daje tą wolność, że kimkolwiek nie zostaniemy w przyszłości, wiedza raz zdobyta zawsze nam się przyda. A tak jak wspomniałam, jeżeli mamy w sobie zaradność, szybko wskoczymy na wysokie stanowiska :)

Bo Historyk, to także naukowiec
Trzeba o tym pamiętać i szanować. Bo być może nie wynajdujemy nowych lekarstw, nie odkrywamy nowych planet i nie budujemy robotów... Ale analizujemy dzieje społeczeństwa, wysnuwamy wnioski i pracujemy nad tym by coś zmienić (bo zwróćcie uwagę, że większość polityków skończyło właśnie historię ;) ), Dlatego szanujmy się nawzajem.


Kończąc wywód, chciałabym zaapelować do wszystkich, by spojrzeli inaczej na Nerdów i Kujonki w wielkich okularach, z nosami w podręcznikach Historii. Każdemu należy się odrobina uznania, bo dla jednego Historia może wydawać się łatwa, a dla drugiego łatwa będzie biochemia.
Nie oceniajmy po okładce, bo nie tytuł naukowy czyni z nas kogoś wyjątkowego, a nasze zachowanie, maniery i oryginalna osobowość.

Kto wie, może kiedyś dane mi będzie wypowiedzenie jakiejś ciekawostki historycznej w towarzystwie, bez dziwnych spojrzeń i niepochlebnych komentarzy za plecami? :)

(Post nie miał na celu obrażenia nikogo. Jest luźnym wypowiedzeniem własnych myśli i opinii opartych na własnych spostrzeżeniach.)

wtorek, 5 stycznia 2016

POSTANOWIENIA NOWOROCZNE - JAK ZROBIĆ LISTĘ I JAK DOTRWAĆ?


Cześć!
Dzisiaj o postanowieniach noworocznych. Wiem, że nie pisałam od dłuższego czasu ale było to spowodowane przygotowaniami do Świąt, potem samym świętowaniem a potem oczywiście sprzątaniem :)

Spisywanie postanowień noworocznych jest bardzo popularnym sposobem wyznaczenia sobie celów. Nowy rok jest świetnym momentem na rozpoczęcie wprowadzenia zmian w życiu. Stary się kończy - zostawiamy to co stare za sobą, Nowy się zaczyna - zaczynamy z nową, pustą kartą, którą możemy sami zapełnić i to tylko od nas zależy jaki on będzie :)

Miałam nie jeść słodyczy ale...oj tam, jeden pączek nie zaszkodzi
Oczywiście, że nie. Ale skoro wyznaczamy sobie jakieś postanowienie, to dobrze byłoby się tego trzymać prawda? 
Styczeń to miesiąc kiedy faktycznie wszyscy kurczowo chwytamy się postanowień, chodzimy na siłownie, więcej się uśmiechamy, jemy zdrowiej... Ale po miesiącu zapał mija, zaczynamy się nudzić i zapisana na początku roku kartka z uroczystym napisem "Postanowienia Noworoczne" staje się zwykłą notatką. Przestajemy do niej zaglądać a po jakimś czasie po prostu wyrzucamy.

Jak dotrwać?
 Bardzo łatwo! Wystarczy faktycznie się zawziąć i zastosować jeden albo kilka z poniższych pomysłów:

1. Powiedz komuś o swoich postanowieniach - oczywiście nie chodzi o to by przeczytać bądź wyrecytować drugiej osobie litanii składającej się ze stu punktów. I absolutnie nie można wymagać by słuchacz w nocy o północy potrafił to bez zająknięcia powtórzyć. Jeżeli chcesz schudnąć/zadbać o sylwetkę lub zdrowie, powiedz o tym komuś! Osoba ta będzie obserwowała jak sobie radzisz, być może "trzymała cię za słowo", a może nawet się dołączy?

2. Znajdź sobie partnera w postanowieniu - łatwiej jest dotrzymywać postanowień gdy ma się osobę która chce tego samego. Można o tym dyskutować, dzielić się uwagami i wspierać się nawzajem. I pilnować oczywiście! :)

3. Kup/zrób notes i zapisuj w nim swoje osiągnięcia oraz wyznaczaj sobie tygodniowe/miesięczne cele - Ale nie tylko w temacie postanowień noworocznych. Zapisuj marzenia, wyznaczone sobie cele... Zapisuj wszystko co cię zainspiruje, rozśmieszy, zapadnie w pamięć. Taki notes pomaga uporządkować myśli. A gdy zobaczysz że zbliża się strona z wielkim napisem "Ćwiczenia - minimum 30 minut" będziesz pamiętała, że czas zabrać się za realizację postanowień. Wzrośnie też motywacja - przecież sama sobie wyznaczyłaś dany cel.

4. Nagradzaj się - Nie, nie mówię o słodyczach. Nie mówię też o wielkich zakupach w galerii handlowej. Wystarczy mała nagroda - np. pyszne latte w pobliskiej kawiarni które wypijesz bez wyrzutów sumienia. Albo relaks w zaciszu domu z książką w ręku i kubkiem kakao, wyłączonym telefonem, z dala od zgiełku codzienności. 

5. Wyznacz cele możliwe do zrealizowania, nie zasypuj się nimi - Jeżeli nie jestem w stanie przebiec maratonu, nawet tego nie zapisuj. Po co się denerwować? Nie ma sensu też spisywanie setki postanowień bo wtedy zwiększa się prawdopodobieństwo, że któregoś nie dotrzymasz. A z kolei to spowoduje, że będziesz się zadręczać.

No dobrze...ale jak w takim razie stworzyć dobrą listę postanowień noworocznych?
To wbrew pozorom bardzo proste. 
Po pierwsze trzeba przeanalizować postanowienia z poprzedniego roku. Nie masz takiej listy? Nie ma problemu! Po prostu zastanów się jak minął ci poprzedni rok, co ci się podobało a co nie, jak się czułaś i co chciałabyś zmienić :)

Kolejnym krokiem jest zapisanie na kartce wszystkich postanowień które przyjdą ci do głowy. Odchudzanie, nauka języków, zdrowsze jedzenie, więcej uśmiechu, przeczytanie iluś tam książek czy filmów, podróż, karnet na siłownię... Zapisz wszystko!

Kartka zapełniona? Dobrze, to teraz czas by wykreślić z niej wszystkie punkty które są niemożliwe do realizacji, zbędne, nie twoje (chodzi o pomysły które przyszły ci do głowy pod wpływem np. koleżanki która namówiła byś postanowiła sobie to co ona). Zastanów się nad każdym pozostawionym punktem - czy masz na niego czas i chęci, czy jesteś zmotywowana do wykonania danego punktu. I oczywiście spójrz na każdy punkt okiem realisty - czy faktycznie jesteś w stanie i chcesz trzymać się akurat takich postanowień.

Najlepiej by ostatecznie na kartce pozostało około 5 celów. Jest to moim zdaniem optymalna ilość - nie za dużo, nie za mało. Ale jeśli masz ich więcej, to okej ale pamiętaj że narzucając sobie powyżej 10 postanowień z pewnością nie dotrzymasz chociaż jednego. Będziesz o nim zapominać, albo po prostu pomijać.

Obok postanowienia napisz konkretniejsze dane (realne dane) czyli np. "schudnę do końca roku 10 kg". Da się to zrobić nawet bez większych wyrzeczeń. Cel: "schudnę do czerwca 25 kg" będzie trudny do zrealizowania i praca nad nim będzie męcząca. A co za tym idzie możesz się szybko zniechęcić.

Cele rozłóż w czasie. Nie zasypuj się od razu wszystkimi :) Będzie łatwiej i przyjemniej jak rozpiszesz je na etapy. Sprawi to, że po osiągnięciu każdego kolejnego progu będziesz zadowolona tak, jakbyś osiągała coraz wyższe podium w zawodach sportowych :)

Pozostaje więc - realizacja!
Trzymam kciuki za każdą osobę która chce się zmienić na lepsze w nowym roku, coś osiągnąć lub zdobyć :)
Sama też mam taką listę i zamierzam się jej trzymać. I mam nadzieję, że mój zapał tym razem nie będzie słomiany! :D

Czy wy też macie takie listy? Może chcecie się ze mną podzielić swoimi postanowieniami? :)
 

środa, 9 grudnia 2015

BEBEAUTY MICELLAR WATER - TEST DWÓCH WERSJI I OPINIA


Cześć!
Wpis będzie dotyczył Płynu micelarnego BeBeauty, zarówno wersji Hydrate jak i Sensitive. Planowałam ten wpis już od dłuższego czasu, ale ostatnio całymi dniami przesiadywałam w książkach i bibliotekach (wiwat studia!)... Do sedna: Porównam obie wersje i przy okazji wydam własny werdykt :)

To co przyciąga
Oczywiście cena, która jest śmiesznie niska. Buteleczka kosztuje niecałe 5 zł, a w promocji można kupić nawet za niecałe 4. Dodatkowo pojemność - 200 ml. Nie za dużo, nie za mało ale bardzo wydajnie! Poręczna, zgrabna buteleczka którą można spokojnie schować w walizce lub torebce, ponieważ nie jest zbytnio pękata (jak np. w przypadku płynu Green Pharmacy).
I oczywiście dwie wersje płynu - jedna Hydrate 2 w 1 dla skóry normalnej, druga Sensitive 3 w 1 dla skóry wrażliwej.



Skład
Nie będę spisywać całego składu co do jednego składnika tak jak to zrobiłam w przypadku płynu Green Pharmacy. Napiszę ogólnie, że nie jest tragiczny, ale też nie cudowny. Przede wszystkim muszę zaznaczyć, że wersja Sensitive ma o wiele więcej składników co mnie na przykład nie zachwyca.
No i oczywiście parabeny... Niestety. Jeżeli chcesz uniknąć parabenów, to możesz pomachać płynom BeBeauty na "do widzenia" nawet jeszcze przed zakupem. 
Dodatkowo też perfumy. Oba płyny pachną inaczej a to za sprawą olejków: w wersji Hydrate - z malwy, w wersji Sensitive - jaśminu.

Producent - znany i lubiany
Najważniejsze jest jednak to, kto jest producentem. I tu zaskoczenie, oczywiście miłe bo producentem płynów jest Tor Corporation czyli popularna Tołpa.
Po co więc przepłacać i kupować buteleczki z oryginalnym napisem skoro można mieć tańszy zamiennik? :)



Używanie i porównanie
Najpierw Hydrate:
Tą wersję poznałam jako pierwszą i muszę przyznać, że całkowicie skradła moje serce. Przede wszystkim fantastycznie zmywa makijaż i kurz nagromadzony na twarzy po całym dniu pracy. Nie trzeba mocno trzeć, płyn "wdziera" się w każdy zakamarek skóry i ładnie go oczyszcza :)
Moja twarz po zmyciu make up'u jest odświeżona a w dotyku delikatna i jedwabista.
Płyn przyjemnie pachnie, nie podrażnia mojej skóry, nie pieni się i jest bardzo wydajny. Do umycia twarzy wystarczyłyby dwa waciki namoczone Hydrate, ale ja przezornie używam oczywiście więcej :)
Czy zauważyłam poprawę w kondycji skóry? Nie specjalnie ale muszę zaznaczyć, że nie oczekiwałam jakiś cudów bo to nie jest płyn przeciw zaskórnikom i innym takim, tylko zwyczajny płyn do demakijażu.



A teraz Sensitive:
Kupiłam tak naprawdę z ciekawości bo nie mam skóry wrażliwej. A że cena przystępna... grzechem byłoby nie spróbować :)
No i niestety w tym wypadku odrobinę się zawiodłam. Różowa opcja BeBeauty nie zmywa już tak dokładnie jak niebieski Hydrate. Musiałam mocniej pocierać (a to nie jest zbyt dobre), więcej go użyć bo opornie radził sobie z eyelinerem i tuszem.
Oczywiście efekt jest podobny jak przypadku Hydrate - skóra gładka i odświeżona, chociaż czasami miałam wrażenie, że jestem po nim odrobinę zaczerwieniona. Może dlatego, że Sensitive niemiłosiernie szczypie w oczy! Nie wlewałam go sobie tam specjalnie, ale zmywając oczy chcąc nie chcąc zawsze coś się tam dostało. No i piekło. Szczypało tak, że nie raz się popłakałam (i wtedy na jaw wychodziło, że mam na rzęsach jeszcze masę tuszu!).
Zapach początkowo mi się podobał, ale po którym użyciu z kolei drażnił bo kojarzył mi się momentalnie z uczuciem szczypania oczu.




Porównanie:
Pojedynek zdecydowanie wygrywa Hydrate. Jest delikatniejszy, ładniej pachnie, nie szczypie w oczy i o wiele lepiej zmywa makijaż, przez co jest bardziej wydajny. Ma też mniejszy skład (moja zasada: im mniej, tym lepiej) i lepiej nawilża skórę. Nie zauważyłam po użyciu żadnych przebarwień ani wysypu, co na przykład w przypadku Sensitive miało miejsce.

Opinia
Polecam wszystkim, którym nie chce się wydawać fortuny na płyn micelarny :) Jak za te pieniądze, płyn jest rewelacyjny i spełnia wszystkie moje oczekiwania.
Polecam szczególnie niebieską buteleczkę Hydrate bo w moim przypadku płyn ten sprawił się o niebo lepiej, niż ten w różowej.
A jeżeli pojawi się w Biedronce duża buteleczka (ok 7 zł za 400 ml) to łapcie do koszyka bez wahania! Nawet i dwie :)
Fakt, że produkuje go Tołpa jest dodatkowym atutem, bo podobno jej kosmetyki są w miarę naturalne. Oczywiście trzeba odrobinę przymrużyć oko, bo niestety czasami odrobina chemii musi być w kosmetykach obecna :)

Kupujcie i testujcie. A może któraś już spróbowała? :) Czekam na opinie w komentarzach.